wtorek, 20 stycznia 2015

Tęsknota

Czy pamiętamy wieś? Smak leśnych malin, zapach siana, babciny uśmiech znad szklanki herbaty wieczorem? I obowiązkowy chleb z pomidorem na kolację. Chleb był wówczas z mąki, a nawet z żyta, a pomidor w kolorze czerwonym. A była to czerwień jedyna, jaką znano.
Czy pamiętasz uśmiech sprzedawczyni w pobliskim sklepie? Czy pamiętasz zmęczenie zwykłą pomocą? Czy pamiętasz lekkość radości na sercu, kiedy pokonując trudy natury, komuś pomogłeś?
Czy ktokolwiek pamięta te wizyty w domu. Niezapowiedziane. Skromne. Szczere. Brzęk kieliszków na stole, plusk zwykłej czystej, gościnność.
W pamięci szedłbym wtedy wiejską drogą.
Jedyną drogą, nie ulicą. Idę wieczorem. A przy mnie inni. Idziemy zmęczeni. Kolejne pole żyta obrobione. Będzie mąka, będzie chleb.
Po prostu idziemy w szczęściu na wieczorną zabawę. Gospodarz postawi wódkę, zwołał wszystkich. I już pan Staszek wyciąga organki, w otchłań sierpniowej nocy wydmuchuje skoczne dźwięki. Jest przecież wesoło. Już widać na łące dziewuchy roztańczone. Bawią się w kole, uśmiechnięte z czerwonym licem odsłoniętym. Bawią się. Zaraz dołączą do nich chłopaki. Z pobliskiej rzeki przyniosą żaby. Starszyzna na pieńku zamyślona siedzi. Opowiada historię, słuchają ich dzieci. Pani Marynowa naręcze kromek z serem niesie. Na pieńku obok słój miodu stoi, maliny z cukrem i smalec. Wieczorna zabawa już rozpoczęta. Mnóstwo osób tańczy. Wszyscy krzyczą, tupają, śmieją się. Już słój miodu na trawie leży. Koniec miotły na plecach dzieci dostrzec jeszcze można. Zaraz zbiegną się następne, by miód z źdźbeł trawy zebrać. Nic nie może się zmarnować. Młodzieńcy z pannami tańczą, silni młodością, mocni uczciwością. Noc żywych ludzi rzec dzisiaj można. A noc jeszcze młoda. I na Niebie, pod Panem gwiazdy świecą w oczach dziewuch. Takie one dobre, skromności na ciele nie widać. Tutejsze są. Jak wszyscy. Skończył się napitek, zaraz ktoś do obejścia po kolejny skoczy. Bose stopy dziewcząt śmiało trawę targają. Cieszą się z lata, po dziennym wysiłku padnięte, jednak skaczą jak one same nocy się oddające. Tu Manisia wianek plecie, tam jej siostry jabłka kwaśne na kompot niosą. Ślepców słowa zaklęte unoszą się po gęstej ciemności, chwalą lato tego roku. Skrzypek otrzeźwia nudną noc, dając jej sprężyste tony. Buchnął płomień. Chłopaki od Gajów ognisko rozpalili. Dziewki hasają teraz wokół. Śpiewają wszyscy. Ogień rozpala serca ich, tańczą wesoło ogniki w oczach wszystkich. Bawią się.
A wśród nich ja. Kapryśny. Pan. Z wieków wysokich. Gdzie ludzie się nie bawią.
I idę niby jak co dzień. Jedną z ulic, jedną z dróg. Idę wieczorem. Od latarni czuję się jak za dnia. Idę zmęczony, przepalony. Kolejni ludzie obrobieni. Będą pieniądze, będzie wszystko. Idę w umysłowym zmęczeniu na imprezę na wsi. W czyimś domu. Z wódką złotą w ręku. Wszyscy już zaproszeni. Słychać, a raczej czuć muzykę w krawężniku. Jest tak wesoło. Widać w oknie dziewczyny palące. Palą w kółku, rozgadane, z zakrytą chemią twarzą. Palą. Podchodzą do nich chłopaki. Ich wzrok nadąża za ich chodem. Przywieźli coś lepszego. Nie ma starych ciałem osób. Wszyscy są już tu starzy. Każdy mówi, nikt nie słucha. Andżelika paczki chipsów na stół rzuciła. Przewróciła coca-colę, coca-żelki i coca-smalec. Nocna hulanka może się już zacząć. Mnóstwo osób podryguje, panując nad ciałem doskonale. Wśród dymu słychać śmiechy. Na suficie świetlne plamy. Oczy suto czerwienią zakrapiane. Zdeptane ciastka na podłodze tańczą. Żywsze są niż twarze zebranych. Wszyscy zaczytani, z podświetlonymi maskami. Młodzi-starzy wieku pozbawieni, tak jak noc zawieszona w połowie. Noc trupów z życia wziętych. Dwie panny piszczą, znów swe oczęta na czymś łaskawie położyły. Trochę pojaśniały, zgasły, następną stronę otworzyły i znów zapaliły. Dziewczyny tutejsze, papierosy zza granicy, najlepiej zza oceanu. Skończyły się rzeczywistości poskramiacze. I cóż to teraz będzie. Zaraz ktoś się powlecze. Wszystkie kończyny mocno skrępowane, przeźroczyste. Wianki przekleństw plotą panie, dwójka się przez ubranie pieprzy przed ekranem. Na innym ekranie równocześnie występując. Ujeżdżacz płyt rozpościera dłonie, czarując noc daje jej wymiary infradźwiękowe. Płomień ogrzewa lufki, później pali skronie. Jedynym żywiołem jest w tym zacnym gronie. Zamroczyło wszystkich, wszyscy czują się cudownie. Stymulowani są z każdej strony, ciałem sterują nieświadomie. Są.
Czy pamiętacie smak leśnych malin? Bezekologicznych?
Malin przez naturę zrealizowanych? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz