Czy wolność to aby nie powinna być religią?
Stoję przed ołtarzem pokoju. Pośrodku cmentarza-pomnika. Biały kamień kontrastuje z zielonością regionu.
Jestem na Monte Cassino i uczestniczę w kultywacji pamięci o wolności.
A na zboczach góry krew już dawno wsiąknęła w martwą glebę.
I już po wolności.
Tak naprawdę wolny na świecie był tylko jeden jedyny człowiek. Był to człowiek również szczęśliwy. A był to człowiek pierwszy.
Kimkolwiek by on nie był, z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, że gdy napotka człowieka drugiego odczuje więź.
A więź jak to więź ma w zwyczaju więzić. I wolność się skończyła.
Jednak dziś mamy tyle samo wolności co sklepów, a w nich długopisów.
Są więc wolności cienkopiszące, ze złotymi stalówkami. Spotkać też można je w różnych kolorach.
Lecz cóż z tego, gdy owe teraźniejsze wolności nas zniewalają.
Zbierzmy teraz wszystkich wszystkie te powstańcze ruchy z całego świata. Nasyćmy się gęstością idei zrodzonych z umysłów ujarzmionych.
Wszyscy ci ludzie walczący i walczący dziś cały czas o wolność. Czy zdają sobie oni sprawę, że walczą dla idei zbiorowości, w której wolności, ze względu na naturalną rywalizację i hierarchię, nie może być mowy?
Można ich zrozumieć przez pryzmat ich sytuacji. Byli uciśnieni fizycznie. Skrzydła mieli związane. Więc wzięli sprawy w swoje ręce i wywalczyli wolność. I teraz tą wolnością sterują.
Nie twierdzę, że z ubezwłasnowolnieniem nie należy walczyć, gdyż z braku lepszych słów- nie ma po co. Owszem jest. Wolność fizyczna, swoboda wykonywania, mówienia i myślenia jest przyrodzona i oczywista i nikt nie ma prawa jej grozić czy ją w łapach miętosić.
Tylko jeśli walczymy o wolność fizyczną, nie zatracajmy się w niewoli ducha.
Tak jak jest dziś, gdzie naród światowy jest wolny, aż zbyt wolny. I ideą wolności fizycznej, swobód obywatelskich ogarnięty ciemięży samego siebie.
Wszystko co dziś się dzieje ma służyć wolności.
Służyć wolności?
Jej nikt nie musiałby służyć.
Można by więc stwierdzić, że wolność ducha, przewaga duszy nad ciałem, mogłaby mieć miejsce i swój czas, gdyby nie było emocji. Żadnych więzi z niczym. To byłby stan, gdzie nasze ciało nie potrzebowałoby glukozy, tlenu i wody, nasz wzrok barw, a my sami nie potrzebowalibyśmy emocji zarówno od innych, jak i od nas samych. To byłby stan, gdybyśmy nie musieli myśleć. A wtedy nie odczuwalibyśmy wolności.
Wynika z tego, że wolność możemy scharakteryzować jako coś, czego brakuje nam zawsze. I owo coś jest zmienne i zależne od wszystkiego. Gonimy, gonimy, gonimy, staramy się całe życie coś złapać, nawet jak chcemy nic nie czuć, pragniemy, w przypływie kosmicznej zdrady, zapomnienia uczuć, to właśnie tego chcemy. Cały czas czegoś pragniemy, a to czego mieć nie możemy nazywa się prawdziwą wolnością.
I wtedy kiedy już nas nie będzie. Możliwe, że ją odczujemy. A ta nas już całkowicie zamroczy i zniszczy. I już nic nie poczujemy.
Wolność nie powinna być religią.
Jest jednak w niej coś ekscytującego i sama podróż do wolności, mimo świadomości braku celu pożyteczna okazać się może.
Ale pożyteczne również okaże się życie według zasad i łamliwych reguł.
Ważne tylko by to inni te reguły stawiali.
Bo nie ma nic bardziej oszałamiającego jak życie w niewoli swojego umysłu. Mówię tu o pełnej kontroli nad niewolą z jednoczesną niemożnością zdjęcia granic.
Coś w nas siedzi, tam w środku i tworzy nowe mury. A my dusimy się jakbyśmy byli pasteryzowani.
Wtedy dochodzi do sprzeczności z samym sobą.
Może po prostu brakuje nam odwagi?
Czymże ona jest w porównaniu z odrobiną ulgi jaką przyniesie, kiedy wykorzystana do walki z własnym ciemiężeniem? I tak odrobina staje się czymś wielkim i wyzwala kolejny umysł.
Tylko jak się odważyć?
Czego się w końcu boimy?
Ludzi?
Czy ich myśli?
Czy ich własnego poglądu wolności?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz