Ludzie nie są hermafrodytami.
Jako gatunek jesteśmy rozdzielimy na płcie i pomiędzy tymi płciami występują różnice, zarówno oczywiste różnice fizyczne jak i również psychiczne, w tym umysłowe.
Nasz popęd seksualny został nam dany nie bez powodu. Do niedawna miał on na celu przedłużanie zacnego gatunku ludzkiego, prowadząc do stosunku seksualnego pomiędzy przedstawicielami płci przeciwnych.
Do niedawna.
Seks wymknął się spod kontroli ludzi. Stąd dziś mamy do czynienia z seksualnymi zachowaniami, zaburzeniami, doznaniami. Seks stał się przyjemnością. Zawsze nią był, gdyby bowiem nie był atrakcyjnym, wstrząsającym doznaniem nie wracalibyśmy do niego, tym samym nasz gatunek by nie przetrwał. Lecz dziś prokreacja to drugoplanowa korzyść z seksu.
Dziś głównie seks stał się przyjemnością. Czegóż my nie robimy, żeby seks był przyjemny. Stał się on przeżyciem niesamowicie wyłącznie cielesnym, podbijając nasze umysły do tego stopnia, że w najlżejszym wypadku może wywołać uzależnienie, a w większym stopniu uzależniając umysł na płaszczyznach przeróżnych.
Bigoreksja, anoreksja mogą mają podłoża zupełnie złożone, ale skupiają się na atrakcyjności. Nie twierdzę tu, że osoby starające się ładnie wyglądać z góry są przeze mnie potępiane. Nic bardziej mylnego. Osobiście wyznaję zasadę, że ludzie dobrzy, szlachetni są świadomi swojego ciała i kształtują je na podobieństwo swojej duszy. Mówię o umiarze. A seks stał się czynnikiem ów umiar degradującym.
Ile dziś trzeba żeby zaspokoić pragnienia seksualne. No właśnie- pragnienia. Są to potrzeby czysto fizyczne. Fantazje erotyczne, perwersje. To wszystko po to by seks urozmaicić. Do seksu dziś nie wystarczy drugi człowiek. Muszą być inne czynniki. Bo albo mamy kłopot z podnieceniem albo nie czujemy pełnej satysfakcji. Czy może być większa satysfakcja niż połączenie cielesno- duchowe z drugą osobą? Proste, zwykłe, ale niesamowite.
Co więc stoi za dzisiejszą modą na seks?
Myślę, że jest to ciągłe, nieustanne przypominanie o nim, dosłownie gdzie się da.
Rewolucja seksualna.
Rozdarcie tak ciekawego tabu. Zalanie go nasieniem i zaszumienie okrzykami ekstazy. Biedne tabu już nie istnieje. I jesteśmy wyzwoleni. A było w ogóle z czego?
Homoseksualizm, z biologicznego punktu widzenia, nie ma racji bytu.
Nie może, za jego sprawą, dojść do prokreacji.
Stąd można wysnuć, że jest on sprawą zakotwiczoną w umyśle.
Czyli nie mógłby być przyrodzony. Czyli nikt się homoseksualny nie urodził.
Wina rozprzestrzeniania wiedzy.
Mowa cały czas o homoseksualizmie, nie homoerotyzmie, który według mnie jest sprawą wyimaginowaną całkowicie, a bierze się z faktu, że niektórzy ludzie rodzą się z psychicznymi cechami nie do końca zgodnymi z ich płcią. Tacy ludzie zaprzestają więc szukania odpowiednich cech u partnera, jakkolwiek ny one nie były niepospolite, szukając oparcia u osób tej samej płci, ale u których cechy psychiczne płciowe są tymi podziwianymi, jednocześnie niewystępującymi u nich samych.
Wiedza ogólnodostępna w tych chorych czasach jest szkodliwa. Wiedza jest czymś co powinno się zdobyć. Doświadczeniem, czy teorią, ale jej zdobyciu trud winien być nieodzowny.
A teraz wiemy wszystko, a naprawdę wiedza ta jest pusta, bo zdobyta w czasie kliknięcia i w ogóle nie praktykowana. Ekspertem jest każdy kto ma cudowne urządzenie z I.
Cały świat wie o homoseksualizmie. Ostatnimi czasy jest on szeroko propagowany. I jest to złe.
Po pierwsze ze względu na wpływ owej propagandy na umysły młodych ludzi. Pamiętajmy, że człowiek kocha wybór. Według przysłowia, ma go nawet zawsze.
I teraz taki nastolatek solidnie przeczesuje każdy skrawek I.
I znajduje tam propagandę. Zachętę. Znajduje homoseksualizm. I podąża tym tropem.
Po drugie, szeroko rozumiana propaganda ma na celu wzrost tolerancji.
Tolerancja nigdy nie była czymś dobrym. W samej biologii słowo to nie jest dobrze kojarzone, najczęściej bowiem bywa, że tolerowane są, chociażby przez organizm, chociażby środki psychoaktywne. Mowa wtedy o wzroście tolerancji, czy tolerancji odwrotnej. Nieważne. Ważne jest to, że długotrwały ów stan, sieje spustoszenie w psychice. Coś jest uważane za znośne, wcale takie nie będąc. Tolerancja jest zmorą XXI wieku. I cały czas rośnie.
Nie twierdzę, że osoby homoseksualne powinny się leczyć. Są ludźmi jak my wszyscy i jako ludziom nie powinno się im odbierać wolności fizycznej.
Nie wierzę również w powodzenia terapii, mających na celu wymazanie homoseksualizmu z umysłu człowieka, pomimo tego, że myślę, że jest on sprawą wybitnie umysłową.
Wierzę natomiast w to, że przyszłe pokolenia można ocalić przed zguba homoseksualną, jaką niesie niemożność prokreacji.
Zaniechajmy propagandy.
Zamknijmy się i nic nie mówmy. Do szczęścia w seksualizmie nie potrzeba rozgłosu.
W seksie nie potrzeba osób trzecich.
Utrzymajmy normalność.
Kontrrewolucja
czwartek, 29 stycznia 2015
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Rozprawa z wolnością.
Czy wolność to aby nie powinna być religią?
Stoję przed ołtarzem pokoju. Pośrodku cmentarza-pomnika. Biały kamień kontrastuje z zielonością regionu.
Jestem na Monte Cassino i uczestniczę w kultywacji pamięci o wolności.
A na zboczach góry krew już dawno wsiąknęła w martwą glebę.
I już po wolności.
Tak naprawdę wolny na świecie był tylko jeden jedyny człowiek. Był to człowiek również szczęśliwy. A był to człowiek pierwszy.
Kimkolwiek by on nie był, z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, że gdy napotka człowieka drugiego odczuje więź.
A więź jak to więź ma w zwyczaju więzić. I wolność się skończyła.
Jednak dziś mamy tyle samo wolności co sklepów, a w nich długopisów.
Są więc wolności cienkopiszące, ze złotymi stalówkami. Spotkać też można je w różnych kolorach.
Lecz cóż z tego, gdy owe teraźniejsze wolności nas zniewalają.
Zbierzmy teraz wszystkich wszystkie te powstańcze ruchy z całego świata. Nasyćmy się gęstością idei zrodzonych z umysłów ujarzmionych.
Wszyscy ci ludzie walczący i walczący dziś cały czas o wolność. Czy zdają sobie oni sprawę, że walczą dla idei zbiorowości, w której wolności, ze względu na naturalną rywalizację i hierarchię, nie może być mowy?
Można ich zrozumieć przez pryzmat ich sytuacji. Byli uciśnieni fizycznie. Skrzydła mieli związane. Więc wzięli sprawy w swoje ręce i wywalczyli wolność. I teraz tą wolnością sterują.
Nie twierdzę, że z ubezwłasnowolnieniem nie należy walczyć, gdyż z braku lepszych słów- nie ma po co. Owszem jest. Wolność fizyczna, swoboda wykonywania, mówienia i myślenia jest przyrodzona i oczywista i nikt nie ma prawa jej grozić czy ją w łapach miętosić.
Tylko jeśli walczymy o wolność fizyczną, nie zatracajmy się w niewoli ducha.
Tak jak jest dziś, gdzie naród światowy jest wolny, aż zbyt wolny. I ideą wolności fizycznej, swobód obywatelskich ogarnięty ciemięży samego siebie.
Wszystko co dziś się dzieje ma służyć wolności.
Służyć wolności?
Jej nikt nie musiałby służyć.
Można by więc stwierdzić, że wolność ducha, przewaga duszy nad ciałem, mogłaby mieć miejsce i swój czas, gdyby nie było emocji. Żadnych więzi z niczym. To byłby stan, gdzie nasze ciało nie potrzebowałoby glukozy, tlenu i wody, nasz wzrok barw, a my sami nie potrzebowalibyśmy emocji zarówno od innych, jak i od nas samych. To byłby stan, gdybyśmy nie musieli myśleć. A wtedy nie odczuwalibyśmy wolności.
Wynika z tego, że wolność możemy scharakteryzować jako coś, czego brakuje nam zawsze. I owo coś jest zmienne i zależne od wszystkiego. Gonimy, gonimy, gonimy, staramy się całe życie coś złapać, nawet jak chcemy nic nie czuć, pragniemy, w przypływie kosmicznej zdrady, zapomnienia uczuć, to właśnie tego chcemy. Cały czas czegoś pragniemy, a to czego mieć nie możemy nazywa się prawdziwą wolnością.
I wtedy kiedy już nas nie będzie. Możliwe, że ją odczujemy. A ta nas już całkowicie zamroczy i zniszczy. I już nic nie poczujemy.
Wolność nie powinna być religią.
Jest jednak w niej coś ekscytującego i sama podróż do wolności, mimo świadomości braku celu pożyteczna okazać się może.
Ale pożyteczne również okaże się życie według zasad i łamliwych reguł.
Ważne tylko by to inni te reguły stawiali.
Bo nie ma nic bardziej oszałamiającego jak życie w niewoli swojego umysłu. Mówię tu o pełnej kontroli nad niewolą z jednoczesną niemożnością zdjęcia granic.
Coś w nas siedzi, tam w środku i tworzy nowe mury. A my dusimy się jakbyśmy byli pasteryzowani.
Wtedy dochodzi do sprzeczności z samym sobą.
Może po prostu brakuje nam odwagi?
Czymże ona jest w porównaniu z odrobiną ulgi jaką przyniesie, kiedy wykorzystana do walki z własnym ciemiężeniem? I tak odrobina staje się czymś wielkim i wyzwala kolejny umysł.
Tylko jak się odważyć?
Czego się w końcu boimy?
Ludzi?
Czy ich myśli?
Czy ich własnego poglądu wolności?
Stoję przed ołtarzem pokoju. Pośrodku cmentarza-pomnika. Biały kamień kontrastuje z zielonością regionu.
Jestem na Monte Cassino i uczestniczę w kultywacji pamięci o wolności.
A na zboczach góry krew już dawno wsiąknęła w martwą glebę.
I już po wolności.
Tak naprawdę wolny na świecie był tylko jeden jedyny człowiek. Był to człowiek również szczęśliwy. A był to człowiek pierwszy.
Kimkolwiek by on nie był, z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, że gdy napotka człowieka drugiego odczuje więź.
A więź jak to więź ma w zwyczaju więzić. I wolność się skończyła.
Jednak dziś mamy tyle samo wolności co sklepów, a w nich długopisów.
Są więc wolności cienkopiszące, ze złotymi stalówkami. Spotkać też można je w różnych kolorach.
Lecz cóż z tego, gdy owe teraźniejsze wolności nas zniewalają.
Zbierzmy teraz wszystkich wszystkie te powstańcze ruchy z całego świata. Nasyćmy się gęstością idei zrodzonych z umysłów ujarzmionych.
Wszyscy ci ludzie walczący i walczący dziś cały czas o wolność. Czy zdają sobie oni sprawę, że walczą dla idei zbiorowości, w której wolności, ze względu na naturalną rywalizację i hierarchię, nie może być mowy?
Można ich zrozumieć przez pryzmat ich sytuacji. Byli uciśnieni fizycznie. Skrzydła mieli związane. Więc wzięli sprawy w swoje ręce i wywalczyli wolność. I teraz tą wolnością sterują.
Nie twierdzę, że z ubezwłasnowolnieniem nie należy walczyć, gdyż z braku lepszych słów- nie ma po co. Owszem jest. Wolność fizyczna, swoboda wykonywania, mówienia i myślenia jest przyrodzona i oczywista i nikt nie ma prawa jej grozić czy ją w łapach miętosić.
Tylko jeśli walczymy o wolność fizyczną, nie zatracajmy się w niewoli ducha.
Tak jak jest dziś, gdzie naród światowy jest wolny, aż zbyt wolny. I ideą wolności fizycznej, swobód obywatelskich ogarnięty ciemięży samego siebie.
Wszystko co dziś się dzieje ma służyć wolności.
Służyć wolności?
Jej nikt nie musiałby służyć.
Można by więc stwierdzić, że wolność ducha, przewaga duszy nad ciałem, mogłaby mieć miejsce i swój czas, gdyby nie było emocji. Żadnych więzi z niczym. To byłby stan, gdzie nasze ciało nie potrzebowałoby glukozy, tlenu i wody, nasz wzrok barw, a my sami nie potrzebowalibyśmy emocji zarówno od innych, jak i od nas samych. To byłby stan, gdybyśmy nie musieli myśleć. A wtedy nie odczuwalibyśmy wolności.
Wynika z tego, że wolność możemy scharakteryzować jako coś, czego brakuje nam zawsze. I owo coś jest zmienne i zależne od wszystkiego. Gonimy, gonimy, gonimy, staramy się całe życie coś złapać, nawet jak chcemy nic nie czuć, pragniemy, w przypływie kosmicznej zdrady, zapomnienia uczuć, to właśnie tego chcemy. Cały czas czegoś pragniemy, a to czego mieć nie możemy nazywa się prawdziwą wolnością.
I wtedy kiedy już nas nie będzie. Możliwe, że ją odczujemy. A ta nas już całkowicie zamroczy i zniszczy. I już nic nie poczujemy.
Wolność nie powinna być religią.
Jest jednak w niej coś ekscytującego i sama podróż do wolności, mimo świadomości braku celu pożyteczna okazać się może.
Ale pożyteczne również okaże się życie według zasad i łamliwych reguł.
Ważne tylko by to inni te reguły stawiali.
Bo nie ma nic bardziej oszałamiającego jak życie w niewoli swojego umysłu. Mówię tu o pełnej kontroli nad niewolą z jednoczesną niemożnością zdjęcia granic.
Coś w nas siedzi, tam w środku i tworzy nowe mury. A my dusimy się jakbyśmy byli pasteryzowani.
Wtedy dochodzi do sprzeczności z samym sobą.
Może po prostu brakuje nam odwagi?
Czymże ona jest w porównaniu z odrobiną ulgi jaką przyniesie, kiedy wykorzystana do walki z własnym ciemiężeniem? I tak odrobina staje się czymś wielkim i wyzwala kolejny umysł.
Tylko jak się odważyć?
Czego się w końcu boimy?
Ludzi?
Czy ich myśli?
Czy ich własnego poglądu wolności?
wtorek, 20 stycznia 2015
Tęsknota
Czy pamiętamy wieś? Smak leśnych malin, zapach siana, babciny uśmiech znad szklanki herbaty wieczorem? I obowiązkowy chleb z pomidorem na kolację. Chleb był wówczas z mąki, a nawet z żyta, a pomidor w kolorze czerwonym. A była to czerwień jedyna, jaką znano.
Czy pamiętasz uśmiech sprzedawczyni w pobliskim sklepie? Czy pamiętasz zmęczenie zwykłą pomocą? Czy pamiętasz lekkość radości na sercu, kiedy pokonując trudy natury, komuś pomogłeś?
Czy ktokolwiek pamięta te wizyty w domu. Niezapowiedziane. Skromne. Szczere. Brzęk kieliszków na stole, plusk zwykłej czystej, gościnność.
W pamięci szedłbym wtedy wiejską drogą.
Jedyną drogą, nie ulicą. Idę wieczorem. A przy mnie inni. Idziemy zmęczeni. Kolejne pole żyta obrobione. Będzie mąka, będzie chleb.
Po prostu idziemy w szczęściu na wieczorną zabawę. Gospodarz postawi wódkę, zwołał wszystkich. I już pan Staszek wyciąga organki, w otchłań sierpniowej nocy wydmuchuje skoczne dźwięki. Jest przecież wesoło. Już widać na łące dziewuchy roztańczone. Bawią się w kole, uśmiechnięte z czerwonym licem odsłoniętym. Bawią się. Zaraz dołączą do nich chłopaki. Z pobliskiej rzeki przyniosą żaby. Starszyzna na pieńku zamyślona siedzi. Opowiada historię, słuchają ich dzieci. Pani Marynowa naręcze kromek z serem niesie. Na pieńku obok słój miodu stoi, maliny z cukrem i smalec. Wieczorna zabawa już rozpoczęta. Mnóstwo osób tańczy. Wszyscy krzyczą, tupają, śmieją się. Już słój miodu na trawie leży. Koniec miotły na plecach dzieci dostrzec jeszcze można. Zaraz zbiegną się następne, by miód z źdźbeł trawy zebrać. Nic nie może się zmarnować. Młodzieńcy z pannami tańczą, silni młodością, mocni uczciwością. Noc żywych ludzi rzec dzisiaj można. A noc jeszcze młoda. I na Niebie, pod Panem gwiazdy świecą w oczach dziewuch. Takie one dobre, skromności na ciele nie widać. Tutejsze są. Jak wszyscy. Skończył się napitek, zaraz ktoś do obejścia po kolejny skoczy. Bose stopy dziewcząt śmiało trawę targają. Cieszą się z lata, po dziennym wysiłku padnięte, jednak skaczą jak one same nocy się oddające. Tu Manisia wianek plecie, tam jej siostry jabłka kwaśne na kompot niosą. Ślepców słowa zaklęte unoszą się po gęstej ciemności, chwalą lato tego roku. Skrzypek otrzeźwia nudną noc, dając jej sprężyste tony. Buchnął płomień. Chłopaki od Gajów ognisko rozpalili. Dziewki hasają teraz wokół. Śpiewają wszyscy. Ogień rozpala serca ich, tańczą wesoło ogniki w oczach wszystkich. Bawią się.
A wśród nich ja. Kapryśny. Pan. Z wieków wysokich. Gdzie ludzie się nie bawią.
I idę niby jak co dzień. Jedną z ulic, jedną z dróg. Idę wieczorem. Od latarni czuję się jak za dnia. Idę zmęczony, przepalony. Kolejni ludzie obrobieni. Będą pieniądze, będzie wszystko. Idę w umysłowym zmęczeniu na imprezę na wsi. W czyimś domu. Z wódką złotą w ręku. Wszyscy już zaproszeni. Słychać, a raczej czuć muzykę w krawężniku. Jest tak wesoło. Widać w oknie dziewczyny palące. Palą w kółku, rozgadane, z zakrytą chemią twarzą. Palą. Podchodzą do nich chłopaki. Ich wzrok nadąża za ich chodem. Przywieźli coś lepszego. Nie ma starych ciałem osób. Wszyscy są już tu starzy. Każdy mówi, nikt nie słucha. Andżelika paczki chipsów na stół rzuciła. Przewróciła coca-colę, coca-żelki i coca-smalec. Nocna hulanka może się już zacząć. Mnóstwo osób podryguje, panując nad ciałem doskonale. Wśród dymu słychać śmiechy. Na suficie świetlne plamy. Oczy suto czerwienią zakrapiane. Zdeptane ciastka na podłodze tańczą. Żywsze są niż twarze zebranych. Wszyscy zaczytani, z podświetlonymi maskami. Młodzi-starzy wieku pozbawieni, tak jak noc zawieszona w połowie. Noc trupów z życia wziętych. Dwie panny piszczą, znów swe oczęta na czymś łaskawie położyły. Trochę pojaśniały, zgasły, następną stronę otworzyły i znów zapaliły. Dziewczyny tutejsze, papierosy zza granicy, najlepiej zza oceanu. Skończyły się rzeczywistości poskramiacze. I cóż to teraz będzie. Zaraz ktoś się powlecze. Wszystkie kończyny mocno skrępowane, przeźroczyste. Wianki przekleństw plotą panie, dwójka się przez ubranie pieprzy przed ekranem. Na innym ekranie równocześnie występując. Ujeżdżacz płyt rozpościera dłonie, czarując noc daje jej wymiary infradźwiękowe. Płomień ogrzewa lufki, później pali skronie. Jedynym żywiołem jest w tym zacnym gronie. Zamroczyło wszystkich, wszyscy czują się cudownie. Stymulowani są z każdej strony, ciałem sterują nieświadomie. Są.
Czy pamiętacie smak leśnych malin? Bezekologicznych?
Malin przez naturę zrealizowanych?
Czy pamiętasz uśmiech sprzedawczyni w pobliskim sklepie? Czy pamiętasz zmęczenie zwykłą pomocą? Czy pamiętasz lekkość radości na sercu, kiedy pokonując trudy natury, komuś pomogłeś?
Czy ktokolwiek pamięta te wizyty w domu. Niezapowiedziane. Skromne. Szczere. Brzęk kieliszków na stole, plusk zwykłej czystej, gościnność.
W pamięci szedłbym wtedy wiejską drogą.
Jedyną drogą, nie ulicą. Idę wieczorem. A przy mnie inni. Idziemy zmęczeni. Kolejne pole żyta obrobione. Będzie mąka, będzie chleb.
Po prostu idziemy w szczęściu na wieczorną zabawę. Gospodarz postawi wódkę, zwołał wszystkich. I już pan Staszek wyciąga organki, w otchłań sierpniowej nocy wydmuchuje skoczne dźwięki. Jest przecież wesoło. Już widać na łące dziewuchy roztańczone. Bawią się w kole, uśmiechnięte z czerwonym licem odsłoniętym. Bawią się. Zaraz dołączą do nich chłopaki. Z pobliskiej rzeki przyniosą żaby. Starszyzna na pieńku zamyślona siedzi. Opowiada historię, słuchają ich dzieci. Pani Marynowa naręcze kromek z serem niesie. Na pieńku obok słój miodu stoi, maliny z cukrem i smalec. Wieczorna zabawa już rozpoczęta. Mnóstwo osób tańczy. Wszyscy krzyczą, tupają, śmieją się. Już słój miodu na trawie leży. Koniec miotły na plecach dzieci dostrzec jeszcze można. Zaraz zbiegną się następne, by miód z źdźbeł trawy zebrać. Nic nie może się zmarnować. Młodzieńcy z pannami tańczą, silni młodością, mocni uczciwością. Noc żywych ludzi rzec dzisiaj można. A noc jeszcze młoda. I na Niebie, pod Panem gwiazdy świecą w oczach dziewuch. Takie one dobre, skromności na ciele nie widać. Tutejsze są. Jak wszyscy. Skończył się napitek, zaraz ktoś do obejścia po kolejny skoczy. Bose stopy dziewcząt śmiało trawę targają. Cieszą się z lata, po dziennym wysiłku padnięte, jednak skaczą jak one same nocy się oddające. Tu Manisia wianek plecie, tam jej siostry jabłka kwaśne na kompot niosą. Ślepców słowa zaklęte unoszą się po gęstej ciemności, chwalą lato tego roku. Skrzypek otrzeźwia nudną noc, dając jej sprężyste tony. Buchnął płomień. Chłopaki od Gajów ognisko rozpalili. Dziewki hasają teraz wokół. Śpiewają wszyscy. Ogień rozpala serca ich, tańczą wesoło ogniki w oczach wszystkich. Bawią się.
A wśród nich ja. Kapryśny. Pan. Z wieków wysokich. Gdzie ludzie się nie bawią.
I idę niby jak co dzień. Jedną z ulic, jedną z dróg. Idę wieczorem. Od latarni czuję się jak za dnia. Idę zmęczony, przepalony. Kolejni ludzie obrobieni. Będą pieniądze, będzie wszystko. Idę w umysłowym zmęczeniu na imprezę na wsi. W czyimś domu. Z wódką złotą w ręku. Wszyscy już zaproszeni. Słychać, a raczej czuć muzykę w krawężniku. Jest tak wesoło. Widać w oknie dziewczyny palące. Palą w kółku, rozgadane, z zakrytą chemią twarzą. Palą. Podchodzą do nich chłopaki. Ich wzrok nadąża za ich chodem. Przywieźli coś lepszego. Nie ma starych ciałem osób. Wszyscy są już tu starzy. Każdy mówi, nikt nie słucha. Andżelika paczki chipsów na stół rzuciła. Przewróciła coca-colę, coca-żelki i coca-smalec. Nocna hulanka może się już zacząć. Mnóstwo osób podryguje, panując nad ciałem doskonale. Wśród dymu słychać śmiechy. Na suficie świetlne plamy. Oczy suto czerwienią zakrapiane. Zdeptane ciastka na podłodze tańczą. Żywsze są niż twarze zebranych. Wszyscy zaczytani, z podświetlonymi maskami. Młodzi-starzy wieku pozbawieni, tak jak noc zawieszona w połowie. Noc trupów z życia wziętych. Dwie panny piszczą, znów swe oczęta na czymś łaskawie położyły. Trochę pojaśniały, zgasły, następną stronę otworzyły i znów zapaliły. Dziewczyny tutejsze, papierosy zza granicy, najlepiej zza oceanu. Skończyły się rzeczywistości poskramiacze. I cóż to teraz będzie. Zaraz ktoś się powlecze. Wszystkie kończyny mocno skrępowane, przeźroczyste. Wianki przekleństw plotą panie, dwójka się przez ubranie pieprzy przed ekranem. Na innym ekranie równocześnie występując. Ujeżdżacz płyt rozpościera dłonie, czarując noc daje jej wymiary infradźwiękowe. Płomień ogrzewa lufki, później pali skronie. Jedynym żywiołem jest w tym zacnym gronie. Zamroczyło wszystkich, wszyscy czują się cudownie. Stymulowani są z każdej strony, ciałem sterują nieświadomie. Są.
Czy pamiętacie smak leśnych malin? Bezekologicznych?
Malin przez naturę zrealizowanych?
Subskrybuj:
Posty (Atom)